Strona korzysta z plików cookies.

Dowiedz się więcej
Włącz tryb kontrastowy

Okładka

Edmond Rostand, "Cyrano de Bergerac"
reż. August Kowalczyk, premiera 24.02.1979
Na zdjęciu: Igor Śmiałowski - Hrabia de Guiche, Krzysztof Chamiec - Cyrano

 

 

Szyfmaneria: Międzynarodowy Dzień Teatru. Felieton Janusza Majcherka

Z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru opowiem… jak Teatr Polski stał się moją udręką.

W roku akademickim 1978/79 rozpocząłem studia na Wydziale Wiedzy o Teatrze PWST w Warszawie. Zajęcia z literatury francuskiej prowadził Jerzy Adamski. Zgodnie z panującą na Miodowej etykietą tytułowaliśmy go, jak wszystkich wykładowców, profesorem, choć faktycznie był doktorem zatrudnionym na stanowisku docenta kontraktowego. Ale co tam, jak mawiał Fredro: „Panna, nie panna, któż wgląda tak ściśle” – profesora Adamskiego i tak uwielbialiśmy. Był zresztą wtedy postacią popularną, często udzielał się w programach telewizyjnych i radiowych. Niewysoki, lekko korpulentny, z wianuszkiem czarnych włosów okalających łysinę. Raczej abnegat: przychodził na zajęcia w eleganckiej granatowej marynarce i pod krawatem, ale do tego nosił zielone spodnie od dresu. Wysokim głosem, nie stroniąc od żartobliwego tonu, gawędził raczej niż wykładał, obrawszy za temat wizerunek miłości w klasycznych dziełach od Tristana i Izoldy do Niebezpiecznych związków. Bywał uroczo frywolny.

Tak przynajmniej było w pierwszym semestrze. W drugim Adamski złożył nam propozycję nie do odrzucenia. Traf chciał, że 24 lutego 1979 roku Teatr Polski dał premierę słynnej sztuki Edmonda Rostanda Cyrano de Bergerac. Klasyk nad klasykami, niegdyś często goszczący na scenach. Reżyserował ówczesny dyrektor Polskiego, znakomity aktor August Kowalczyk. Zdaje się, że przy Cyranie zatrudnił Adamskiego jako eksperta, więc profesor, że tak powiem zbliżony do przedstawienia, wymyślił zadanie dla swoich studentów, czyli dla nas. Mieliśmy oglądać spektakl po wielokroć, za każdym razem z innej perspektywy, to znaczy skupiając uwagę a to na tekście, a to na aktorach, to znów na scenografii etc. A że Adamski miał ciągoty do socjologii, to polecił nam studiować uważnie publiczność i recepcję widowiska.

Zajęcia zaczęliśmy wszelako od gruntownej analizy utworu we wszystkich możliwych kontekstach, a następnie przeszliśmy do krytyki przekładu pióra Marii Konopnickiej i Włodzimierza Zagórskiego i porównania go z oryginałem. 

I tu pojawił się mały problem. Adamski uznał za oczywiste, że wszyscy znamy francuski, a my wstydziliśmy się przyznać, że ani w ząb. Szczęśliwie na naszym nielicznym roku (piętnaścioro studentów) była koleżanka, która, owszem, język Rostanda posiadała w stopniu zadowalającym, jako że nauki na szczeblu szkoły średniej pobierała w Libii. Chcąc nie chcąc podjęła się  dla wspólnego dobra analizy porównawczej, która – dość nieporadna – nie bardzo zadowoliła Adamskiego, choć wszyscy wspieraliśmy koleżankę, kiwając mądrze głowami i kwicząc pod nosem „oui, oui” a nawet dorzucając na chybił trafił własne komentarze.

Potem było już tylko gorzej.

Teatr Polski za dyrekcji Kowalczyka (1968-1981) nie należał, co tu kryć, do czołowych scen stołecznych. Nie wytrzymywał konkurencji ze Współczesnym Axera, Dramatycznym Holoubka, Narodowym Hanuszkiewicza, Powszechnym Hübnera, Ateneum Warmińskiego… Wiódł stateczny żywot zakonserwowanego skansenu, mając wszelako wierną, zachowawczą publiczność, która chodziła przede wszystkim na ulubione aktorki i ulubionych aktorów. A tych było w zespole blisko stu. Pośród nich starożytne gwiazdy, jak Zofia Małynicz, Nina Andrycz czy Elżbieta Barszczewska; artyści paru pokoleń, dobrze znani z kina i telewizji: Halina Kossobudzka, Anna Nehrebecka, Laura Łącz, Igor Śmiałowski, Ignacy Gogolewski, Krzysztof Chamiec, Wojciech Alaborski, Leszek Teleszyński; zastęp aktorów o popularności nienachalnej i rzesza halabardników.

Perspektywa spędzania iluś wieczorów Teatrze Polskim i to na tym samym przedstawieniu obezwładniła nas, zwłaszcza że inscenizacja Kowalczyka była tyleż monumentalna (jakieś czterdzieści osób na scenie), co monumentalnie niewydarzona. Swoje dołożył słynny scenograf, Marian Kołodziej, który nie uznawał innego dekoru niż przygniatający, więc dosłownie przygniótł przestrzeń wytworami swojej nieokiełznanej wyobraźni. Recenzenci wdeptali spektakl w ziemię, zauważając jedynie Chamca w roli tytułowej, ale też tak raczej grzecznościowo.

No a my, biedne, nieopierzone studenty mieliśmy to oglądać i analizować, oglądać i analizować, oglądać i analizować aż, jak by rzekł Witkacy, do twardego rzygu.

Po pierwszym przedstawieniu miny nam zrzedły. Po drugim – milczeliśmy, wymownie patrząc sobie w oczy. Po trzecim poszliśmy po rozum do głowy i zaczęliśmy wysyłać dwuosobowe delegacje, które następnie zdawały nam sprawozdanie ze swoich obserwacji. Adamski chyba jednak się zorientował, że coś słabo nam to idzie i nasze zajęcia zostały po kilku tygodniach zarzucone.

Z czasem, gdy zacząłem zawodowo uprawiać krytykę teatralną, doceniłem zamysł Adamskiego i nie raz z niego korzystałem, oglądając recenzowane spektakle dwa, trzy razy. Metoda sprawdzała się szczególnie przy inscenizacjach wybitnych, które niełatwo poddawały się rozbiorowi. Słabe załatwiało się paroma machnięciami pióra, może i krzywdząc niekiedy twórców – młody byłem i bojowy. Tak czy inaczej o Jerzym Adamskim do dziś myślę z czułością.