Szyfmaneria: Iwaszkiewicz. Felieton Janusza Majcherka
Mogłaby to być opowieść o tym, jak Jarosław Iwaszkiewicz uratował mnie przed Kazimierzem Dejmkiem. Ale nawet w felietonie dezynwoltura ma swoje granice, więc, nie wykluczając zmyślenia, będę się starał pisać prawdę. Jeśli łaskawy czytelnik spodziewa się, że opiszę jakieś sensacyjne zdarzenie czy nie daj Boże rękoczyny, to będzie rozczarowany. Zwłaszcza, że Iwaszkiewicza nigdy nie poznałem osobiście, a Dejmkowi kawałek życia i kawał duszy oddałem, gdy pisarz nie żył już od paru lat.
A jednak u progu mojej współpracy z Teatrem Polskim pod dyrekcją Dejmka kochany przeze mnie Stary Poeta rzucił mi koło ratunkowe niejako zza grobu.
Otóż zimą 1986 roku odebrałem telefon. Dzwoniła sekretarka Dejmka, jak później miało się okazać Marysia Zborowska, z informacją, że dyrektor życzy sobie ze mną rozmawiać. Nie powiem, że nogi ugięły się pode mną, bo akurat siedziałem na wygodnej kanapie, ale gdybym nie siedział, to ugięłyby się z pewnością.
Przełączenie rozmowy trwało moment, ale to wystarczyło, żebym wpadł w popłoch: czego też Dejmek, który był dla mnie żywym mitem i półbogiem, może chcieć od początkującego krytyka zatrudnionego jako młodszy redaktor w miesięczniku „Teatr”?
Chciał żebym napisał tekst do programu – nadchodziła prapremiera „Kontraktu” Mrożka.
Na parę sekund zaniemówiłem, czując jednocześnie jak miotają mną na przemian strach i upojenie. A i próżność dawała o sobie znać lekkim łechtaniem.
To make a long story short: propozycję Dejmka, rzecz jasna przyjąłem, a w konsekwencji umówiliśmy się na spotkanie. Jak się odbyło, to może jeszcze kiedyś opiszę. Tymczasem tylko powiem, że zaczęła się od niego moja trwająca blisko dziesięć lat współpraca z Teatrem Polskim.
W jakimś filmie Barei grana przez Staszkę Celińską postać odpowiada na pytanie, czy w telewizji pracuje „w charakterze”, czy tak po prostu. Otóż ja, nie będąc formalnie zatrudniony, pracowałem dla Dejmka w charakterze. Mianowicie pisałem teksty do programów kolejnych premier, ale także czytałem nadsyłane do teatru sztuki i sporządzałem na ich temat opinie. I tu jest miejsce na entrée Iwaszkiewicza, a raczej jego opiekuńczego ducha.
Przypuszczam, że funkcję lektora sztuk Dejmek powierzył mi, znając szkice o dramatach, które publikowałem w „Dialogu”. No ale to były obszerne integralne teksty, a tu chodziło o krótkie sprawozdanie z lektury i ocenę czy rzecz jest warta zachodu, czy nie. Szukałem stosownej formy i przypomniałem sobie, że mam na półce szczupły tom Iwaszkiewicza z 1983 roku zatytułowany „Teatralia”. Sięgnąłem poń, wiedziony intuicją czy może niejasną pamięcią. I jak to mówią: Bingo!
Książeczka składa się z czterech części. Dwie pierwsze były publikowane wcześniej w osobnych edycjach: wspomnienie o kijowskim teatrze „Studya” Stanisławy Wysockiej oraz „Teatr Polski w Warszawie 1938-1949”.
Rzecz o „Studyach” tu pomijam jako niezwiązaną z tematem. Ale krótką kronikę działalności Teatru Polskiego też, bo cienkie to jest, nie tylko ze względu na objętość (60 stron). Iwaszkiewicz pobieżnie wylicza kolejne premiery, opatrując je komentarzami, powiedzmy sobie szczerze, nie na miarę swojego pióra. O rozsianych tu i ówdzie rewerencjach spod znaku „ideolo” już nie wspomnę. Ot, okolicznościowa książeczka, spełniająca zamówienie.
Ale nie to jest ważne. Ciekawe są dwie pozostałe części, nigdy wcześniej nie ogłoszone drukiem: „Lektury dla Szyfmana” (1945/1946) oraz „Z teki kierownika literackiego” (1957). To one mnie inspirowały.
Jarosław Iwaszkiewicz był dwukrotnie kierownikiem literackim Teatru Polskiego: parę lat przed wojną i parę lat po wojnie. Szyfmanowi zapewne schlebiało, że ma za współpracownika tej rangi autora. Zwłaszcza, że dwie sztuki Iwaszkiewicza: „Maskarada” (w reżyserii Edmunda Wiercińskiego) i „Lato w Nohant” (w reżyserii Zbigniewa Ziembińskiego) odniosły w latach trzydziestych duży sukces w Polskim, zresztą na obu scenach. Notabene w „Maskaradzie” objawiła się (to chyba słowo odpowiednio przystające do bogini) Nina Andrycz, której jedyny w swoim rodzaju talent publiczność Polskiego cierpliwie znosiła aż do 2000 roku. Niektórzy znajdywali w jej rolach upodobanie. Ale o pani Ninie może innym razem.
Wracam do Iwaszkiewicza. Z jego not wynika, że pracowicie czytał wszelkie barachło, które napływało do teatru w godnej podziwu obfitości. O większości autorów pies z kulawą nogą nie pamięta, inni przemknęli jak meteor, paru pozostało w historii. Lektor nie szczędzi grubych złośliwości („prymitywny dramacik dla poczatkujących teatrów świetlicowych”), niekiedy jakiś tekst średnio wydarzony poddaje Szyfmanowi pod rozwagę, kiedy indziej jeszcze dostrzega zalety i poleca utwór, a bywa też, że ceniąc utwór, gra na zwłokę jak rasowy kunktator („W tej chwili nie do grania. Żeromski jak zwykle nie może się zdecydować, po czyjej stronie stoi: chłopów czy szlachty. Dramat zresztą dobry”; albo: „Zasadnicze chrześcijańskie tezy całego poematu są dość odległe od zagadnień dnia dzisiejszego”). Uwzględnia również „dziejowy etap” („Gorąca obrona robotnika przed wyzyskiem kapitału. Do grania”).
Ciekawe, że w notach pisanych już w okresie Odwilży Iwaszkiewicz odradza Szyfmanowi, zresztą z różnych powodów, wystawianie sztuk zachodnich autorów, które szły wtedy przez europejskie sceny jak burza: Camusa, Adamova, Sartre’a, Cocteau, Eliota. Ale akceptuje (z zapałem) Dürrenmatta i (z zastrzeżeniami) Williamsa.
Miałem zatem wzór i wedle swojej miary starałem się go naśladować. Mam nadzieje, że moje „noty dla Dejmka” nigdzie się nie zachowały. Sporo tekstów ściąłem bezlitośnie i bez żalu. Te które oceniłem entuzjastycznie, na przykład przewspaniałe „Drzewo” Wiesława Myśliwskiego czy dramaty Władysława Terleckiego Dejmek wystawiłby i bez mojej opinii. Sam wiedział, co dobre. Ale może potrzebował mnie „w charakterze” – worka treningowego.