
Magda Umer, "Kochany, najukochańszy..." w Teatrze Polskim, fot. Karolina Jóźwiak
Szyfmaneria: Magda Umer. Felieton Janusza Majcherka
Mniej więcej rok temu spędziłem trochę czasu na pogwarkach z Magdą Umer. W jadalni sopockiego domu ZAiKS nasze stoliki sąsiadowały ze sobą, więc przy każdym niemal posiłku gawędziliśmy o tym i owym, w tonie zdecydowanie niepoważnym. Magda wbrew melancholijnej aurze, jaka ją zawsze otaczała i przyrodzonemu smutkowi (albo jakby powiedział Jeremi Przybora – smuteczkowi) bywała śmieszką, a nawet bym powiedział, że niekiedy prowokowała otoczenie do śmiechu, czyniąc jego przedmiotem samą siebie. Miała wielki dar ironii i – autoironii. Potrafiła też zabawić siebie i towarzystwo kosztem upatrzonej ofiary, o ile ofiara na to zasługiwała.
Któregoś razu na kolacji pojawiła się nieznana mi pani, z którą wszelako Magda przywitała się wylewnie a następnie wdała w rozmowę, dając mi wzrokiem do zrozumienia, że z przeproszeniem robi sobie z kobiety jaja. Co wcale mnie nie dziwiło, bo kobieta, najwyraźniej owładnięta manią ezoteryczną, plotła niestworzone androny. A to o swoich doświadczeniach wychodzenia duchem poza ciało, a to kontaktach z mieszkańcami obcej planety, a to inne takie kocopoły.
Ja nadludzkim wysiłkiem powstrzymywałem głupawkę, usiłując skupić się na dociekaniu kim też może być znajoma Magdy. Z drobnych napomknień o sprawach i osobach powszechnie znanych domyślałem się, że to jednak ktoś „z towarzystwa”, jednak dla mnie anonimowy. W końcu ekscentryczna dama opuściła jadalnię, więc natychmiast zapytałem Magdę, kto zacz. Okazało się, że to żona (chyba była) bardzo znanego piosenkarza i kompozytora. Kobieta z lekka odleciała po tragicznej śmierci ich syna.
W ciągu dnia natykałem się na Magdę w okolicach molo, gdy ciepło okutana nieśpiesznie szła na jakieś masaże, przyglądając się łyżwiarzom jeżdżącym na placyku zamienionym w lodowisko. Bardzo mnie zresztą na te zabiegi namawiała. Może gdybym wtedy uległ jej namowom dziś nie chodziłbym o lasce.
Magdę poznałem na początku lat dziewięćdziesiątych dzięki Agnieszce Osieckiej. Poszedłem na jakiś wieczór autorski Agnieszki, Magda też tam była, zostałem Magdzie przedstawiony przez Agnieszkę i złożyłem jej jakieś szczeniackie hołdy na kolanach, bo przecież wielbiłem jej śpiewanie od zawsze. Wcześniej tylko raz widziałem ją na żywo jako licealista, gdy w połowie lat siedemdziesiątych zagrała Rachelę w Teatrze Narodowym. Pomysł Hanuszkiewicza na taką obsadę był sensacyjny, ale się sprawdził. Magda nie tyle grała Rachelę, ile by tak rzec ubrała ją w swoją niepowtarzalną osobowość. I pięknie snuła się po scenie w woalu melancholii, mając za partnerów potęgi takie jak Łomnicki, Łapicki, Opaliński, Olbrychski, Kolberger, Kucówna…
I tak to się zaczęło. Żadna przyjaźń czy zażyłość. Po prostu znajomość. Widywaliśmy się tu i ówdzie, przeważnie w jakichś sytuacjach teatralnych typu premiera czy koncert. Dwa razy spędziliśmy w swoim towarzystwie parę dni, pracując w jury. Raz na Festiwalu Komedii „Thalia” w Tarnowie, a raz w Elblągu na konkursie recytatorskim „Czy to jest miłość”. Oprócz recytatorów, występowali też młodzi ludzie śpiewający poezję, stąd obecność Magdy.
W Tarnowie za towarzyszy pracy jurorskiej mieliśmy przednich kompanów: Wojtka Marczewskiego, Andrzeja Matula i niezapomnianą Kwiatusię, czyli Anię Retmaniak, legendarną redaktorkę od teatru z Polskiego Radia. Przedstawienia odbywały się wieczorami, więc całe dnie mieliśmy dla siebie, włócząc się całą kompanią po ładnym skądinąd Tarnowie. Tamtejszą gastronomię poznaliśmy na wylot, przesiadując też w kawiarniach i restauracjach. Zostało mi na pamiątkę trochę zdjęć, na których jestem strasznie gruby, bo akurat wtedy rzuciłem palenie.
Z Elbląga wracaliśmy z Magdą jej samochodem. Droga zeszła nam na rozmowie serio o Andrzeju Nardellim i Wojciechu Młynarskim, z której dowiedziałem się o rzeczach, o których nie miałem pojęcia.
Magda pracowała również w Teatrze Polskim jako reżyser. Ostatnio, w 2024 z Grażyną Barszczewską stworzyły monodram według prozy Wiesława Myśliwskiego. Spotykaliśmy się, gdy Magda przychodziła na próby, śmialiśmy, gdy w ostatniej minucie wpadła na premierę. Ani wtedy, ani w Sopocie nic nie zapowiadało tego, co wkrótce miało się stać. Magda odeszła i, jakby powiedziała Poetka, uporczywie jej nie ma.