Strona korzysta z plików cookies.

Dowiedz się więcej
Włącz tryb kontrastowy

Edmund Wierciński

 

Dorobek Marii z Serkowskich Wiercińskiej i Edmunda Wiercińskiego to nieocenione dziedzictwo dla historii polskiego teatru. 

Ich działalność często jest analizowana łącznie, ze względu na wspólne – tkwiące w Reducie Osterwy korzenie, wyznawane wartości estetyczne i etyczne, a przede wszystkim z powodu łączącej ich relacji osobistej – przez 30 lat byli małżeństwem. A przecież, choć wiele łączyło Marię i Edmunda, to jednak każde z nich podążało własną drogą zawodową, zachowując twórczą autonomię i pracując na własne, choć wspólne, nazwisko. 

Ten artykuł poświęcony jest Edmundowi Wiercińskiemu. 

Opowieść o Marii Wiercińskiej znajdziesz tutaj. Możesz ją przeczytać niezależnie albo podążać za linkami, które znajdziesz w dalszej części tej ścieżki. 

Szczygli zaułek, George Shaw, reż. Edmund Wierciński (1937)
Poprzedni obraz
Następny obraz

Teatr jako sprawa sumienia

Edmund Wierciński należał do pokolenia reformatorów teatru polskiego, wywodzących się z Reduty Juliusza Osterwy. W jego twórczości aktorskiej i reżyserskiej centralne miejsce zajmowała idea teatru jako narzędzia formowania świadomości społecznej i obywatelskiej. Tworzył teatr żywy, aktualny, nawet gdy sięgał po klasyczne teksty analizował je w perspektywie współczesności. 

Po rozstaniu z Redutą stopniowo odchodził od eksperymentu na rzecz teatru poetyckiego i klasycznego, pozostając jednak wiernym idei sztuki odpowiedzialnej – zarówno estetycznie, jak i etycznie. Twierdził, że ostatecznym celem sztuki jest „wymierzanie najwyższej sprawiedliwości widzialnemu światu”. 

W stronę teatru

Edmund Wierciński urodził się w 1899 roku w rodzinie, w której pamięć powstańcza i niepodległościowa nie była martwą legendą. Wychowany w atmosferze patriotycznej tradycji, już jako uczeń działał w Wilnie w konspiracyjnej młodzieżowej organizacji „Wyzwolenie”, nawiązującej do ideałów filaretów. Ze szkolnymi kolegami, na tajnych zebraniach, czytał polską poezję patriotyczną, artykuły polityczne, inscenizował fragmenty polskich dramatów. 

W 1913 roku współorganizował tajne przedstawienie III części „Dziadów”, w którym zagrał Gustawa-Konrada. Spektakl, przygotowany pod kierunkiem reżysera teatru wileńskiego Karola Borowskiego, z oprawą plastyczną znakomitego malarza i scenografa Ferdynanda Ruszczyca, cieszył się popularnością wśród wileńskiej młodzieży, co wzbudziło zainteresowanie carskiej policji. Organizatorom zagrożono relegowaniem ze szkoły. Dla młodego Wiercińskiego było to doświadczenie inicjacyjne – teatr objawił mu się jako przestrzeń wspólnoty i narzędzie moralnego oporu. 

Brunon Winawer, "Ryk byłego Lwa", reż. Edmund Wierciński, premiera 15.09.1936

Narodziny artysty

Lata wojenne rzuciły młodego Wiercińskiego z rodzicami na Syberię. W Tomsku studiował prawo, działał w polskiej korporacji studenckiej „Ognisko” i współtworzył teatr amatorski o ambitnym repertuarze. Już w 1917 roku wyreżyserował „Dziady”, ponownie wcielając się w Gustawa-Konrada. Rok później zgłosił się jako ochotnik do Wojska Polskiego na Syberii. Powrócił do kraju w 1920 roku, a po zdemobilizowaniu rozpoczął naukę na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego. 

Szybko okazało się, że wybór studiów nie był szczęśliwy. Pobyt w Rosji, w okresie największego fermentu artystycznego, pozostawił niezatarte wspomnienia. Wierciński oglądał przedstawienia w Moskwie i Petersburgu, zetknął się z ideami Stanisławskiego, Meyerholda, Tairowa. Szczególnie silne wrażenie wywarła na nim wizyta w Moskiewskim Teatrze Artystycznym. Zafascynowany ideą teatru jako laboratorium kształtującym nowego człowieka, Wierciński zaczyna publikować recenzje spektakli w czasopiśmie „Sztuka Teatru” i zakłada na swoim wydziale studenckie Koło Sztuki Dramatycznej. Tam poznaje Marię Sekrowską, swoją przyszłą żonę. Wspólnie wstępują do Koła Adeptów Reduty, kształcącego przyszłych członków eksperymentalnego teatru Reduta, założonego przez Juliusza Osterwę i Mieczysława Limanowskiego.

Papa Nicoluzous, Spyros Melas, reż. Edmund Wierciński (1938)
Poprzedni obraz
Następny obraz

Reduta – zachwyt i bunt

W Reducie Wierciński był aktorem, współorganizatorem, pedagogiem i jednym z najbardziej żarliwych wyznawców jej idei. Fascynowała go „mozolna, wytrwała, pełna miłości i twórczego polotu praca”, jak pisał po pierwszych miesiącach pobytu w zespole. Metoda Osterwy i Limanowskiego polegała na łączeniu pracy studyjnej z tworzeniem przedstawień w taki sposób, że kolejne premiery stawały się etapami na drodze kształcenia aktorów i formowania zespołu.

Wierciński grał w wielu spektaklach i uczestniczył w legendarnych objazdach artystycznych, które Osterwa uważał za szczególnie ważne dla podtrzymania i rozwoju życia społecznego. Podczas pierwszej wyprawy Reduta pokazała swoje spektakle w trzydziestu czterech miastach, zaczynając w Chełmie, a kończąc w Sandomierzu. 

Wierciński-aktor metodę pracy i styl gry zyskał w Reducie, wcześniej mając doświadczenia jedynie z teatru amatorskiego. W recenzjach podkreślano jego skupienie, dyscyplinę i niezwykłą intensywność sceniczną. „Poszukiwanie prawdy” w teatrze osiągał poprzez wnikliwą analizę tekstu, a potem odwzorowywanie uczuć i przeżyć bohatera poprzez wierne realizmowi gesty i mimikę. Osterwa miał mówić o nim: „To orzeł Reduty”. Niektórzy twierdzili, że tak ortodoksyjnie zgłębiał koncepcję sztuki aktorskiej nakreśloną przez kierownictwo Reduty, że przerósł swoich mistrzów. 

Kiedy zdawał w 1923 roku egzamin aktorski w ZASPie, otrzymał od razu ze względu na bardzo dobry wynik stopień „kandydata”. Normalnie otrzymywało się aspiranturę i po dwóch latach dopiero automatycznie przechodziło się do stopnia kandydata. A on go otrzymał od razu.

ze wspomnień Marii Wiercińskiej: Wiercińscy. Korespondencja, Warszawa, 2013

Z czasem jednak właśnie ta żarliwość doprowadziła go do sprzeciwu. Nie godził się na upadek organizacyjny, wypaczanie idei kolektywnej pracy, ustępstwa artystyczne. W jednym z listów do żony pisał rozczarowany: „… nie chodzi już w Reducie o sztukę. Ja już zostanę buntownikiem myślącym przede wszystkim o sztuce – żaden terror ani bałamutne plany i projekty organizacyjne, nie potrafią mną zachwiać. Strasznie żal mi tylko tej prawdziwej, nieistniejącej już Reduty”. Z Wiercińskim solidaryzuje się kilkunastoosobowa grupa „buntowników” postulujących powrót do dawnych ideałów. Niestety atmosfera w zespole jest coraz gorsza. Ostatecznie, w połowie 1927 roku, Wierciński opuszcza Redutę, wraz z nim kilkanaścioro kolegów i koleżanek, wśród nich Maria. Wspólnie szukają zespołu teatralnego, który przyjąłby ich wszystkich i stworzył warunki dla dalszej kolektywnej pracy. Takim miejscem stał się poznański Teatr Nowy, który wraz z wejściem Wiercińskiego do kolegialnego zarządu, przyjął nazwę „eksperymentalnego”. 

Eksperyment czy instytucja?

Eksperymentalne przedsięwzięcie w Teatrze Nowym szybko załamało się finansowo, ale dało Wiercińskiemu kolejne doświadczenia i paradoksalnie utwierdziło w przekonaniu, że teatr, jeśli chce być prawdziwy, musi podejmować artystyczne ryzyko. Podobnie o teatrze myśli Leon Schiller, który proponuje Wiercińskiemu angaż do Teatrów Miejskich we Lwowie, następnie do teatru Ateneum w Warszawie. Drogi Wiercińskiego i Schillera niestety nie schodzą się na długo. W sezonie 1933/34 Wierciński nie posiada stałego zatrudnienia, ale ma potwierdzone przez zarząd główny ZASP-u uprawnienia reżyserskie, pozwalające mu na samodzielną pracę w warszawskich teatrach. 

Fantazy, Juliusz Słowacki, reż. Edmund Wierciński (1948)

Fantazy, Juliusz Słowacki, reż. Edmund Wierciński (1948)

Stabilizacja

Sezon 1934/35 otworzył w życiu Wiercińskiego okres kilkuletniej stabilizacji życiowej i zawodowej. Dyrektor Teatru Polskiego i Małego – Arnold Szyfman zaproponował trzydziestopięcioletniemu aktorowi i reżyserowi angaż. Przez pięć sezonów będzie pracował w jednej instytucji, ze stałym, doborowym zespołem. Zaczyna bardzo dobrze przyjętą rolą Księdza Piotra w mickiewiczowskich „Dziadach” reżyserowanych przez Schillera. Swoją pozycję specjalisty od repertuaru monumentalnego ugruntowuje kolejnymi rolami w spektaklach Schillera – Geniuszem z „Wyzwolenia” Wyspiańskiego i Szatanem w „Kordianie” Słowackiego. Szyfman powierza mu także reżyserię. W większości są to sztuki realistyczne, o wyraźnym rysunku psychologicznym. Taki repertuar być może nie do końca odpowiadał artystycznym zainteresowaniom Wiercińskiego, ale właśnie w tej estetyce stworzył kilka świetnych przedstawień, z których szczególnie doceniono „Głupiego Jakuba” Rittnera „Lato w Nohant” Iwaszkiewicza i „Obronę Ksantypy” Morstina. 

Z Szyfmanem łączyły go zawsze bardzo dobre stosunki i lubił go. Ale nie podzielał entuzjazmu Zespołu. Uważał Szyfmana zawsze za dobrego organizatora, kulturalnego i uczciwego człowieka, ale nie za artystę. W swoim czasie, kiedy odsunięto Szyfmana od pacy w Teatrze Polskim odczuł to jako wielką krzywdę, wyrządzoną człowiekowi i założycielowi tej placówki. Przez te wszystkie lata Szyfman utrzymywał z nim kontakt listowny.

ze wspomnień Marii Wiercińskiej: Wiercińscy. Korespondencja, Warszawa, 2013

Karol Dickens, "Mała Dorrit", reż. Edmund Wierciński, premiera 03.02.1938

W 1934 roku Wierciński podjął się pracy pedagogicznej. W założonym przez Aleksandra Zelwerowicza Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej prowadził zajęcia z gry scenicznej, recytacji, analizy tekstu i reżyserii. Wśród jego wychowanków znaleźli się między innymi późniejsi znakomici reżyserzy: Erwin Axer i Aleksander Bardini. Studenci wspominali, że Wiercińskiego-profesora cechowała precyzja myślenia i bezwzględna uczciwość wobec teatru. Wymagał nie tylko opanowania rzemiosła, ale także etycznej odpowiedzialności w doborze i interpretacji repertuaru. Podkreślał, że prawdziwe nowatorstwo rodzi się nie z efektu czy prowokacji, lecz z „wewnętrznej konieczności” – dyscypliny myślenia i odczuwania, którą należy wypracować na równi z techniką aktorską. 

Od szeregu lat nazywano go powszechnie „panem profesorem”. To go niepokoiło i chwilami śmieszyło (bo nawet szofer w przypadkowej taksówce tak się do niego odezwał). Specjalnie poszedł do dyrekcji telefonów, żeby wycofać z książki telefonicznej słówko „profesor” przy jego nazwisku.

ze wspomnień Marii Wiercińskiej: Wiercińscy. Korespondencja, Warszawa, 2013

Milczenie

Po wybuchu wojny Wierciński uznał, że wobec grozy okupacji instytucje artystyczne powinien zawiesić swoją działalność. „Sztuka jako sztuka mogła tylko zamilknąć” – pisał po doświadczeniach września 1939 roku.

Nie było to jednak milczenie bezczynne. Wraz z Bohdanem Korzeniewskim i Leonem Schillerem współtworzył Tajną Radę Teatralną, przygotowującą program odbudowy życia teatralnego po wojnie. Organizował również konspiracyjny Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej.

Prywatnie borykał się z problemami bytowymi. Nie znalazł zatrudnienia ani jako kelner, ani jako szatniarz, jak wielu jego kolegów po fachu. Trzyosobową rodzinę utrzymywała Maria, pracując jako nauczycielka w Szkole Mechanicznej R. Wolframa. Pod koniec 1940 roku Wierciński dołączył do założonej przez Arnolda Szyfmana spółdzielni artystów Teatru Polskiego „Cafe-Bar”, gdzie niemający zatrudnienia pracownicy teatru mogli dorobić sprzedając rękodzieło, książki czy przedmioty codziennego użytku, mogli też zjeść ciepły posiłek. Wierciński prowadził „Bazar książek i artystycznych drobiazgów”, ale jak wspominał najlepszym klientem tego przedsiębiorstwa był on sam – trudno mu było rozstawać się z wartościowym merytorycznie księgozbiorem. 

Trudna sytuacja materialna znacząco wyniszczyła jego zdrowie. Kilkumiesięczne zapalenie płuc miało dawać o sobie znać do końca życia. Szczęście w nieszczęściu, jego sytuacja polepszyła się dzięki pomocy koleżeńskiej. Kilka miesięcy spędził w Stawisku Iwaszkiewiczów, gdzie opieką otoczono wielu uciekinierów z Warszawy. Ze składek społecznych, zbieranych między innymi przez aktora Teatru Polskiego Wojciecha Brydzińskiego i Bohdana Korzeniewskiego, opłacono mu też roczny pobyt w sanatorium w Otwocku. Z kuracji pojechał wprost do pobliskiego Mądralina, gdzie czekała na niego Maria z córką. Wierciński objął tam posadę administratora Domu Nauki.

Juliusz Słowacki, "Fantazy", reż. Edmund Wierciński, premiera 10.07.1948

Książki. To osobny rozdział. Zawsze je lubił gromadzić. Przede wszystkim z dziedziny teatru. Ale także z innych dziedzin, dotyczących kultury, sztuki. Kiedy w styczniu 1945 roku, odcięci w Mądralinie od Warszawy, dowiedzieliśmy się o jej wyzwoleniu, natychmiast wyjechał do Warszawy na przyczepce czyjegoś motocykla, aby ratować książki. Nasze ówczesne mieszkanie było otwarte i rozszabrowane. Ale większość książek ocalała. Trzeba je było uratować.

ze wspomnień Marii Wiercińskiej: Wiercińscy. Korespondencja, Warszawa, 2013

Po wojnie Wierciński wrócił do zawodu. W 1945 roku osiedlił się z rodziną w Łodzi, jak wielu ludzi kultury i nauki. Miasto, stosunkowo nieznacznie zniszczone w czasie wojny, stało się od pierwszych dni wyzwolenia centrum życia artystycznego i naukowego. 

Wierciński i sprawa „Elektry”

W historii polskiego teatru istnieją przedstawienia owiane legendą. Do takich spektakli należy „Elektra” Jeana Giraudoux wystawiona przez Edmunda Wiercińskiego w 1946 roku na Scenie Poetyckiej przy Teatrze Wojska Polskiego w Łodzi. 

Wolność zastała polski teatr w stanie rozproszenia. Wielu artystów zginęło podczas wojny. Ci, którzy przeżyli wracali z obozów, z robót przymusowych, z emigracji, z ukrycia… Mieli odmienne doświadczenia okupacyjne, różne zaplecze ideowe i poglądy polityczne, wreszcie mieli różne doświadczenie zawodowe. Naturalnym odruchem pierwszych powojennych lat stało się odbudowywanie wspólnoty poprzez repertuar dostępny, komunikatywny, odpowiadający społecznemu głodowi kultury. Wierciński rozumiał tę konieczność, ale równocześnie przeczuwał, że teatr interwencyjny nie wystarczy, powrócił więc do marzeń o scenie, która byłaby laboratorium. Scena Poetycka, założona wraz z Korzeniewskim, miała być takim miejscem intensywnej pracy nad formą i nowym językiem scenicznym. Przez krótki moment, tuż po wojnie, możliwe stało się artystyczne porozumienie, nim zniweczyły je późniejsze polityczne naciski. 

Wybór „Elektry” na premierę inauguracyjną Sceny Poetyckiej nie był przypadkowy. Dramat Giraudoux, napisany u progu europejskiej katastrofy, opowiada o pamięci, winie i niezgodzie na kompromis ze złem. W powojennej Polsce musiało to wybrzmiewać z niezwykłą siłą. 

Relacje świadków sugerują, że przedstawienie miało niemal rytualny charakter. Nie było w nim psychologicznego realizmu ani naiwnej dekoracyjności. Teresa Roszkowska stworzyła przestrzeń surową i monumentalną: podesty, rytm kolumn, wycyzelowane światło budowały świat istniejący poza konkretnym czasem historycznym. Wierciński chciał teatru kondensacji sensów, a nie dosłownej ilustracyjności, dążył do artystycznej syntezy, dlatego każdy element przedstawienia: ruch aktorów, muzyka Romana Palestra, plastyka Roszkowskiej, podporządkowany był jednej idei – stworzeniu spójnego widowiska przemawiającego formą, nie tylko treścią. 

Papa Nicoluzous, Spyros Melas, reż. Edmund Wierciński (1938)
Poprzedni obraz
Następny obraz

Wierciński był przekonany, że teatr nowoczesny to taki, który odrzuca dosłowność i realizm, na rzecz metafory, umowności i skrótu, a aktor nowoczesny konstruuje rolę intelektualnie, w toku licznych prób. Scena Poetycka, rozumiana jako laboratorium pracy teatralnej, była bez wątpienia syntezą idei wywiedzionych z Reduty, ale też z programu wypracowanego przez okupacyjną Tajną Radę Teatralną, której najważniejszymi postaciami byli przecież Bohdan Korzeniewski, Edmund Wierciński i Leon Schiller – aktualny dyrektor Teatru Wojska Polskiego. 

Władze dopatrzyły się politycznej dwuznaczności „Elektry”. Antyczny konflikt został natychmiast odczytany współcześnie. Elektra, córka zamordowanego Agamemnona, musiała przecież zdecydować, czy w imię ratowania miasta, zagrożonego przez wroga, wejdzie w sojusz z mordercami swojego ojca. Publiczność roku 1946 oglądała dramat o tragedii powstania warszawskiego, w tle którego pobrzmiewały też echa trudnego powojennego sojuszu z niedawnymi najeźdźcami, których zbrodnie nie były jeszcze zapomniane, ale już wymazywane ze zbiorowej świadomości. Elektra stawała się figurą moralnej niezgody, a jej żądanie prawdy zaczynało przypominać głos tych środowisk, które nie chciały zgodzić się na powojenne kompromisy polityczne i fałszywą narrację formującej się władzy. Zarzucono więc Wiercińskiemu odgórnie estetyzm, mistycyzm i elitaryzm, a więc wszystko to, co miało być z gruntu tępione, jako relikty burżuazyjnej, przedwojennej sztuki. W rzeczywistości lęk budziło coś innego – teatr, który nie dawał się łatwo podporządkować ideologicznym kategoriom był niebezpieczny dla komunistycznej władzy. „Elektra” była bodaj pierwszym i ostatnim powojennym przebłyskiem wolności artystycznej przed powszechnym nastaniem socrealistycznej dyscypliny.

Ostatnie lata

Po wyrzuceniu z Teatru Wojska Polskiego, rozczarowany Wierciński wszędzie widzi nielojalność i interesowność. Z dystansem traktuje wielu z niedawnych przyjaciół i współpracowników. Nie może wybaczyć tym, którzy krytyką przyczynili się do zdjęcia „Elektry” z afisza zaledwie po czterech miesiącach. Największy żal ma do Schillera, dyrektora Teatru Wojska Polskiego, który zachowawczo nie chciał przeciwstawić się naciskom ministerstwa i podjął decyzję o zamknięciu Sceny Poetyckiej.

Wierciński, choć osamotniony, nie przestaje marzyć o teatrze studyjnym. Przeczuwa, że reaktywacja Sceny Poetyckiej w warunkach socrealistycznych skazana jest na niepowodzenie, a mimo to odmawia Arnoldowi Szyfmanowi, który chce go ponownie zaangażować do Teatru Polskiego. W efekcie pozostaje bez pracy. Z konieczności przyjmuje jesienią 1946 roku funkcję inspektora ZASP. Wizytuje teatry w całej Polsce. Ze względu na pogarszający się stan zdrowia, ale też rozgoryczony „jałową pracą” rezygnuje po roku. Wraca do Szyfmana, który ponownie stwarza mu znakomite warunki do pracy. Wierciński reżyseruje „Cyda” Corneille’a w opracowaniu Wyspiańskiego i „Fantazego” Słowackiego, oba spektakle ze scenografią Teresy Roszkowskiej i muzyką Witolda Lutosławskiego. Oba przejdą do historii Teatru Polskiego w Warszawie. 

Zanim przystępował do [realizacji] sztuk niezwykle skrupulatnie przygotowywał wszystkie materiały i dokumentacje. Robił notatki, chodził do bibliotek. Znakomicie zapoznawał się z egzemplarzem. Zbierał materiały historyczne i literackie. Ze wszystkich stron zbliżał się do epoki, w której sztuka się rozgrywała.

ze wspomnień Marii Wiercińskiej: Wiercińscy. Korespondencja, Warszawa, 2013

Zdjęcia ze spektakli z lat 40tych i 50tych

Horsztyński

1953

Cyd

1954

Lorenzaccio

1955

Cyd

1954

Jesienią 1948 Wiercińskiego odrywa od pracy zdiagnozowana gruźlica we wczesnym stadium. Na blisko rok przenosi się do sanatorium w Turczynku pod Milanówkiem. Tam otrzymuje list od Schillera, który ma plany objęcia po Arnoldzie Szyfmanie dyrekcji Teatru Polskiego w Warszawie i proponuje współpracę. Wierciński jest sceptyczny. Schiller pisze drugi list, aż wreszcie przyjeżdża do Turczynka i osobiście namawia, by Wierciński dołączył do niego, przez pamięć przedwojennej współpracy oraz okupacyjnych wspólnych marzeń. Wierciński nie przyjmuje gestu pojednania, choć zapewnia Schillera o gorącym szacunku do „wielkiego artysty teatru”. 

We wrześniu 1949 roku Wierciński angażuje się na trzy sezony do Państwowych Teatrów Dolnośląskich we Wrocławiu. W 1952 roku wraca do Warszawy, do Teatru Polskiego, w którym nie ma już Leona Schillera. Wraca też do pracy pedagogicznej. W PWST wykłada na reżyserii, przez dwa lata pełni funkcję dziekana tego wydziału. 

Ostatnią pracą reżyserską Wiercińskiego był „Lorenzaccio” Alfreda de Musseta z 1955 roku. Zaczynając pracę nad spektaklem nie wiedział, że jest w zaawansowanym stadium chory nowotworowej. Mimo postępów choroby doprowadził do czerwcowej premiery, jeszcze w sierpniu był na próbach wznowieniowych. Zmarł 13 września 1955 roku, niecałe trzy miesiące po premierze. 

Kondukt żałobny w kierunku Cmentarza Wojskowego na Powązkach wyruszył z budynku Teatru Polskiego, gdzie z honorami pożegnano aktora, reżysera, pedagoga i teoretyka teatru.